Orlen Warsaw Maraton 2019-04-14

14 kwietnia 2019
Orlen Warsaw Maraton 2019-04-14

Biegliśmy półmaraton w stolicy Wielkopolski, przenieśmy się więc teraz do stolicy Polski (ostrzegam i przepraszam, że będzie długo 🙂 ). Orlen Warsaw Marathon to stosunkowo młoda impreza, 14 kwietnia odbywała się jej siódma edycja. Siódemka dla wielu osób jest szczęśliwa, dla nas… chyba też była 😊 Na Orlen wybraliśmy się w rodzinnym składzie, oprócz zawodników, byli też nasi bliscy, którzy kibicowali nam na trasie. W stolicy na królewskim dystansie debiutowali Wera i Tomek, a towarzyszyłam im ja, Honda. Z kolei w biegu na 10 km uczestniczyli Zbyszek i Paweł. Znane jest powiedzenie, że historia lubi się powtarzać, a tu dopowiem jeszcze, że historia lubi się powtarzać i też zmieniać swój bieg – 5 lat temu na Orlenie, to Zbyszek biegł maraton, a ja dyszkę, a potem jechałam na trasę mu kibicować. Zresztą zawsze na maratonach to ja i Wera kibicowałyśmy tacie i Pawłowi – teraz oni nam…. 😊

Orlen Marathon – nazywany narodowym świętem biegania – dla nas rozpoczął się już w sobotę – odbieranie pakietu na expo, zdjęcia na ścianie.. i narastające emocje. W sobotę pogoda nie dopisywała, było zimno, czasami padało, pół dnia zastanawialiśmy się jak ubrać się na jutro… przeszliśmy w sumie 18 km, więc prawie pół maratonu za nami… ale nie – jutro trzeba będzie tyle przebiec😉

Niedzielny poranek. Delikatny chłód, piękne, bezchmurne niebo i słońce. Czy mogliśmy wymarzyć sobie lepsze warunki? Okulary na nosie, numerki na piersiach, pożegnania przed startem… Zbyszek i Paweł muszą iść na drugą stronę, bo maraton i 10 km startują w przeciwne strony. Spotkamy się ponownie za 42 km 😊 O 9:00 ruszamy. Tomek i Wera w „dziewiczy rejs”, dla mnie to był trzeci maraton. Każdy jednak rządzi się swoimi prawami, więc wcale nie czułam się nie wiadomo jak komfortowo i pewnie.

Wiedziałam jednak, że za wszelką cenę i mimo wszelkich przeciwności, jakie spotkają nas na trasie, muszę ich dociągnąć do mety. 500 metrów od startu i już pierwsze problemy – Werze nie gra muzyka, Tomkowi nie działa zegarek…. zaczęło się bosko. Ale uporaliśmy się z problemami technicznymi w miarę szybko. Punkty odżywcze co 2,5 km – na każdym pijemy. Tomek – wulkan energii, non stop zagaduje kibiców, innych zawodników… śmiechu co nie miara – ale o to właśnie w tym wszystkim chodzi. 10 km… Tomek robi zdjęcia i wrzuca na fejsa 😊 Przemierzamy Saską Kępę, wracamy do Stadionu, tam czekają nasi kibice, machamy, uśmiechamy się, przebiegamy na drugi brzeg Wisły. Tam czeka na nas niemiła niespodzianka – ktoś bardzo nie pomyślał projektując trasę, bo nasze drogi przecinały się z czołówką, 100 m przed nami hamowali biegaczy, bo elita biegła prosto, a my w lewo. Całe szczęście udało nam sie uniknąć zatrzymania, które mogłoby nas wybić z rytmu.

Strona:

12